Co u mnie słychać. Co nowego w moim życiu.
Skończyłam 40 lat. Jeszcze tak do końca nie zwariowałam. Tak tylko po troszku, czasami, tak malutko wariuję. W granicach normy;). Przed wczoraj wygrzebałam swoje zakurzone zapasy sztucznych kwiatów, bo wiedziałam że mam tam też jeszcze miskę do użytku i złożyłam stroik. O taki:
Zagospodarowuję pracowicie nadwyżkę czasową w związku z mniejszą ilością godzin w pracy. Moj podopieczny leży w śpiączce farmakologicznej po operacji oponiaka. Modlę się i czekam. Czekam na wybudzenie i oszacowanie funkcjonalności organizmu po operacji. Na razie jeszcze nie wiem czy to ja będę nadal mu towarzyszyć w podróży życia. Czas pokarze. I tym się właśnie obecnie zajmuję. Towarzyszę i wspieram ludzi starszych w niedoli ich życia. Z kwiaciarni zawinęłam się 2 lata temu. Nie tęsknię, nie żałuję. Nie powiedziałabym że teraz mam rajskie i bogate życie. Jeśli chodzi o finanse, jest słabizna na ten moment. Podopieczny w szpitalu- nie zarabiam. Taka praca jutra nie pewna. Mimo to, nie żałuję. Czemu chciałam odejść z kwiaciarni? Już myślę..... Godziny pracy: 8-18, cały dzień w robocie. Takie coś że to ani na rano ani na popołudnie. Czułam się jak uwiązany na łańcuchu pies. Taki nie oficjalny niewolnik systemu. Odcięta od świata i życia osobistego, na wyłączność PANA. Tak nie dało się dłużej żyć. Nerwica mi do dupy zaczęła się dobierać. Rezygnacja z własnych naturalnych potrzeb na poczet służby u PANA. Mam tu na myśli potrzeby pierwszego rzędu, fizjologiczne, odżywiania, odpoczynku. Nie mówiąc już o potrzebach rzędu wyższego, szacunku, uznania. Jeśli chodzi o czas mojej pracy teraz, nie powiem żeby było dużo lepiej. Tutaj to taka stała zmienna. Bywało że wychodziłam przed 7rano a wracałam po 19. A obecnie wychodzę przed 7 rano a kończę po 9rano. Dwie godz. pracy dziennie. Na dwa przyszłe tygodnie dostałam pod opiekę starszą panią w ramach zastępstwa za inną opiekunkę. Ta niepewność jutra i ciągła zmienność jest dla mnie wyjątkowo trudna. Jestem raczej taką życiową boi dupą, jak się uczepię grzejnika to nie puszczę. Nie bardzo doceniam zmiany i je lubię. Zazwyczaj kurczowo trzymam się stałości. Decyzja o odejściu z kwiaciarni, rozważana była w zasadzie od początku pracy tam. Pięć lat. Tyle czasu potrzebowałam żeby odejść. Już na rozmowie o pracę w tamtym miejscu, czułam że to syf. Ale wytrwałam 5 lat. Zyskałam też dużo, bo stwierdziłam że skoro już ''oddaję się za pieniądze'' (rezygnuję z siebie), to chociaż je muszę dobrze spożytkować. Nie miałam wolności w pracy to w zamian wykupywałam swoją wolność u wierzycieli. Pospłacałam znaczną część swoich długów. Stać mnie było również na zaspokojenie większości potrzeb materialnych córki. I w takim momencie swego życia, człowiek zadaje sobie pytanie. Co lepsze, zadbać o potrzeby materialne czy emocjonalne swojego dziecka. Jak jest się samotnym rodzicem bez rodziny i wsparcia, niestety często trzeba wybierać. Nie zawsze jest złoty środek na wszystko. Chociaż zawsze robiłam wszystko, żeby go znależć (kosztem siebie). Nie zrozumie tego ten, kto nigdy nie był w takiej sytuacji. Nadszedł jednak moment w moim życiu że wybór stał się oczywisty. Córce przypałętała się depresja i stany lękowe. Wiedziałam że czas stamtąd spierdalać i kosztem utraty znacznych finansów, zająć się reperowaniem swojej i dziecka psychiki. Wiedziałam że nadszedł czas żeby zacząć się oswajać ze zmianami, a nawet się z nimi zaprzyjazniać- bo droga którą wybrałam to nieustanne zmiany.
Posiedziałam trochę na kuroniu. Tak się tylko mówi ale w zasadzie to nie siedziałam. Nie odpoczywałam. Nie bardzo umiem odpoczywać. Zawsze znajdę coś do zrobienia. Zawsze jest coś ważnego co nie poczeka. Jak ma się na sobie poczucie odpowiedzialności za dziecko, to niema czasu na przerwę. Posiadanie dziecka to ciągła praca. Zanim odeszłam z kwiaciarni, zaplanowałam zainwestowanie znacznej części wypłaty i kasy za niewykorzystany urlop w sztuczne kwiaty. Postanowiłam aktywnie i produktywnie spędzić wolny czas. Robiłam dużo stroików i sprzedawałam na allegro. Pracując jeszcze w kwiaciarni, przetestowałam ten rodzaj zarabiania pieniędzy. Sprawdził się. Nie żeby kasa z tego porządna była ale fajnie uzupełniało luki budżetowe. Z samego kuronia bida straszna by była. Zajęłam się oczywiście zdrowiem i samopoczuciem swojego dziecka. Polatałam po lekarzach, psychologach, poczytałam trochę książek i obejrzałam kilka webinarów na temat jak pomóc dziecku w kryzysie psychicznym. Po czym wcielałam w życie wszelkie ciekawe pomysły. W międzyczasie zapisałam się do szkoły na terapeutę zajęciowego. Wymyśliłam sobie nową, wyjątkowo dla mnie trudną, aktywną ścieżkę życiową. Postanowiłam robić w życiu coś szlachetnego, głębokiego coś przy czym można czuć spełnienie w życiu. Dość już miałam płytkich prac w których zawsze czułam się niewystarczająco potrzebna, dobra a na dodatek taka, co to na moje miejsce czeka setki innych takich byle jakich jak ja. Postanowiłam uderzyć w pomoc innym wykorzystując przy tym swoje zasoby, doświadczenie, charakter i umiejętności. Zapisałam się do szkoły. Pózniej na staż jako opiekunka osób starszych. I takim sposobem dostałam się do branży i nadal pracuję już 1,5roku. W międzyczasie zrobiłam praktyki w zawodzie terapeuty zajęciowego. Niedawno skończyłam szkołę. Jeden egzamin państwowy zdałam świetnie a na wynik drugiego czekam do końca marca. Zapisałam się już na kolejny kierunek, bo nie zamierzam poprzestać na jednym. Opiekun medyczny. Na to za tydzień idę już do szkoły.
Postanowiłam zawalczyć o swoje szczęście decydując się odejść z kwiaciarni i ułożyć sobie życie według własnego planu. Mam plan i nadal chcę go realizować. Trochę go modyfikuję po drodze ale ogólnie trzymam się wyznaczonej trasy. Chciałam pokazać córce że można tak pokierować swoim życiem że może zacząć się chcieć coś z nim zrobić więcej. Znalezć właściwy kierunek. Zależało mi na tym żeby zobaczyła że w każdym wieku można coś jeszcze zmienić, że minione lata to nie wyrok. Ze życie to suma doświadczeń które zbieramy po drodze i które nas kształtują po coś i dla czegoś. I w każdej chwili w życiu można te doświadczenia wykorzystać w kolejnym etapie swojego życia. Chciałam córce pokazać że żaden z naszych życiowych wyborów to nie porażka. Każdy z nich nas kształtuję. Trzeba tylko uważnie siebie obserwować. Każda nowa sytuacja uczy nas czegoś nowego. Nie warto żałować starych decyzji. Znajdz w nich jakieś dobro które teraz w życiu ci się przydaje albo może przydać. Chciałam jej pokazać, że zmiany są potrzebne a nawet konieczne do tego żeby pójść dalej. A tak naprawdę, to nie potrzebowałam przekazać tego jej, tylko samą siebie do tego przekonać. Tylko dla siebie samej bym tego chyba nigdy nie zrobiła. Potrzebowałam zapalnika. Iskierki dla której warto coś w życiu zmieniać. Dla której chce się chcieć. Dziękuję Ci że jesteś.
Nowa droga którą wybrałam i którą z trudem przemierzam od 2 lat, pokazała mi jak jestem silna. Że dam radę. Że nie jestem tłukiem i tumanem. Praca w kwiaciarni umocniła mnie, wbrew pozorom i sprawiła że z zaciętością potrafię brnąć do celu i nie wyłamywać się po drodze. Nauczyłam się tam wytrwałości i zaradności. To była ostra szkoła, ale teraz się przydaje. Nic się bez powodu nie dzieje w naszym życiu a anioły zawsze nad nami czuwają.
Towarzyszem mojej podróży jest mój narzeczony z którym jestem od 9lat (chyba). Czas tak szybko płynie że ciężko się doliczyć. Od 1,5 roku mieszka razem ze mną. Jest dla mnie ogromnym wsparciem. Zeby nie on i jego rodzina już dawno bym się po drodze gdzieś wykoleiła i zmuszona bym była do podejmowania drastycznych, sprzecznych ze mną decyzji. Dzięki niemu mogłam sobie pozwolić na spokojne brnięcie po wyznaczonym przez siebie szlaku. Dzięki niemu nie musiałam się tak bardzo szamotać. Jest przy mnie, jest wsparciem. Mieszkają ze mną też 2 króliki. Lusia i Alex. Lusia to wariatka rasy baran. Lubi się bawić, kopać na łóżku i robić psikusy. Zwala szklanki z łóżka, gryzie kable i dokumenty, wskakuje do wanny z wodą. Drapie w drzwi jak chce być wpuszczona. Podgryza za nogę jak chce jeść. Alex rasy holenderskiej jest dużo mniejszy od Lusi i bardzo bojazliwy. Zanim został wykastrowany był bardzo żywiołowy. Nie dawał żyć spokojnie mojej starej Sabie. Po kastracji zrobił się z niego taki mało aktywny, płochliwiec. Siedział by głównie w swoim ulubionym koncie i wychodził tylko po coś smacznego. Saba już niestety nie żyje. Po wielu latach wspólnej podróży zmuszona byłam ją uśpić. Już było jej tak ciężko żyć że nie było innego wyjścia.
I tak to się właśnie moje życie plecie. A kawę znowu piję 3 razy dziennie bo za bardzo ją lubię. Pyszny pobudzający słodki deser. Nic więcej nie trzeba. No powiedzmy- ciastem i czekoladą też nie gardzę;)

Komentarze
Prześlij komentarz