W obliczu wojny.

     Wystawiałam swoje stroiki na sprzedaż na allegro. Kontynuuję swoje plany i działania, pomimo pojawiających się coraz bardziej wątpliwości. Już na pytania w stylu co planujesz dalej robić, nie odpowiadam z takim pełnym przekonaniem. Już w mojej wypowiedzi pojawia się ZOBACZYMY. Nie wiem czy tylko mnie nachodzą takie wątpliwości a w myślach pojawia się niepewność jutra. Raczej nie. Z takimi wątpliwościami zmierzyć się chyba musi każdy, tylko nie każdy dopuszcza ten głos do siebie. Nie chcę oczywiście tym żyć, bo co to za życie bez nadziei, ale przepuszczam przez siebie ten cały chaos który pojawia się w mojej głowie w wyniku wydarzeń które niewątpliwie mają miejsce. Na nic się nam zda zakłamywanie rzeczywistości, która budzi w nas realny niepokój. Można uciekać od tych myśli za wszelką cenę i udawać że ich niema, zamykać się na siebie, ale co to da? Trzeba się skonfrontować z własnymi myślami żeby je oswoić i poukładać w sobie. Wyciągnąć konstruktywne wnioski i przekuć na działania. Co z tego że uda nam się uciec od własnych myśli pełnych niepokoju, nie sprawi to że niepokój będzie przez to mniejszy w nas samych. To oszukiwanie siebie samego. Zastanawiamy się pózniej sami nad sobą, co się z nami dzieje, chyba powinnam iść się leczyć, ciągle mam w sobie niepokój ale skąd, przecież ja się niczym nie martwię. Nie da się długo udawać że nic się nie dzieje, bo prawda jest inna. Nie sposób też żyć ciągle w poczuciu zagrożenia, ale bez konfrontacji z niepokojem w sobie i tak w taki sposób będziemy funkcjonować na co dzień. Ja się boję i różne myśli przechodzą mi przez głowę, ale przez to że ich nie zagłuszam za wszelką cenę, uczę się nad nimi panować. Kiedyś byłoby to dla mnie bardzo trudne, zanim poszłam na terapię bo nie potrafiłam filtrować myśli, bo nie potrafiłam zadbać o siebie. Chyba największą trudność sprawiało mi przyznanie sobie prawa do odczuwania. Oczywiście nie wszystkiego, wiadomo że radość jest wszechobecnie tolerowana a nawet oczekiwana. Jak tylko pojawi się na Twojej twarzy grymas smutku, czy przejaw złości czy strachu, zaraz Cię ktoś w obroty wezmie i do pionu postawi, "a czemu Ty taka smutna jesteś, uśmiechnij się". I się uśmiechamy choćby przez łzy, bo radość jest jedyną emocją jakiej świat wyrażenia od Ciebie potrzebuje. I tak wypieramy z siebie wszystkie inne uczucia i walczymy z nimi za wszelką cenę, a pózniej się zastanawiamy skąd ten irracjonalny niepokój w nas, przenikliwy smutek i wkurwienie na cały świat a najbardziej na nas samych. Chłostamy się wtedy jeszcze bardziej bo nie panujemy nad sobą, swoim ciałem. Bo ciało już nie daje rady utrzymać w nas obojętnie nie przeżytych emocji. A jak dać innym radość, kiedy w nas szaleje emocjonalna burza? I koło się zamyka. Rozpisałam się. 

    Poszłam wczoraj na spacer z pieskiem. Ponieważ uczę się dbać o siebie, czułam że tego potrzebuję. Wyjść z domu. Pooddychać. Jeszcze w domu zaczęły do mnie napływać różne myśli. Jak tylko jakaś nowa wpadała mi do głowy, spisywałam ją na kartce. Myślałam wtedy o dramacie jaki toczy się na Ukrainie i o tym jak bardzo ten dramat mógłby dosięgnąć Polskę i uderzyć w nas osobiście. Myślałam o tym jak w razie czego zapewnić bezpieczeństwo swojemu dziecku. Myślałam o tym jak można się do tego przygotować. Doszłam do wniosku że za bardzo nie można, a nawet nie trzeba bo właściwie każde nasze zapobiegawcze działanie na wyrost, w sytuacji której jeszcze niema jest bezcelowe. Nic nie wiadomo co będzie i na ile nam się zdadzą zapasy żywności np. Myśli najbardziej mnie nurtujące to bezpieczeństwo mojego dziecka. Ale z tym się uspokoiłam bo wiem że za granicami Polski jest dla niej jakieś bezpieczne położenie. Przepuszczałam przez siebie myśli, filtrowałam. Zanim wyszłam z domu poczułam w sobie spokój. Poczułam w sobie radość z czystego błękitnego nieba. Cieszyłam się z ciszy i tego że na niebie latają ptaki. Dostrzegałam swojego ślepego psa, który mnie rozbawiał bo ciągle się potykał albo wąchał z dużym zaciekawieniem wszystko i obserwował. Mój pies jest już staruszką. Po drodze spotkałam sąsiadkę, która opowiedziała mi że musiała uśpić swojego, młodszego od Saby pieska bo potwornie się męczył. Miałam łzy w oczach jak tego słuchałam. Pomyślałam sobie że już prawie niema starszych psów na naszym podwórku, a nawet młodsze już poodchodziły. Pózniej poczułam jeszcze większą radość z tego że moja staruszka, chociaż po przejściach jeszcze żyje i trzyma się całkiem niezle. Przewijały się przez moją głowę smutne myśli, ale miały działanie oczyszczające i pozostawiały pozytywny obraz rzeczywistości. Myślałam o tym jak w obliczy wojny nikną moje i innych, do tej pory ogromne problemy codzienności. O tym ile znaczą buty Nike i dodatkowe kilogramy. Doszłam do wniosku że w razie czego, jedno i drugie może się bardzo przydać. Wygodne buty jak najbardziej, a dodatkowa tkanka tłuszczowa też jak znalazł (jak u niedzwiedzia czy wieloryba):). Myślałam o tym że wszystko o co obecnie zabiegamy w naszym życiu, w obliczu wojny przestaje znaczyć cokolwiek (budowa pięknego domu, praca na wysokim stanowisku, wygląd, opinie innych). Niektóre z tego typu osiągnięć mogą nam nawet zaszkodzić. Doszłam do wniosku, że cała ta nasza otoczka powierzchowności do niczego nie jest nam potrzebna. Na wojnie liczą się tylko wartości i morale, nic więcej. 

      Po swoich refleksyjnych przemyśleniach postanowiłam skupić się na tym co mogę w obecnej sytuacji zrobić. Co jest w mojej mocy. Zastanawiałam się jak mogę pomóc innym. Co mogę dać od siebie światu, który zmaga się z realnymi w tej chwili problemami. Mam kilka pomysłów.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Za co dziś jestem wdzięczna.

Moja poezja. Po rozstaniu.