Zmiany w życiu- czy są receptą na szczęśliwe życie, czy wręcz przeciwnie. Temat zawsze otwarty.
Skąd to pytanie? Moja córka chodzi do terapeuty. Ma 12 lat i w tym roku zdała do 7 klasy. Przez większość swojej edukacji w podstawówce jest nieszczęśliwa i twierdzi że nienawidzi swojej klasy, nauczycieli i szkoły. Ok. Ja też zmagałam się z takimi uczuciami. Rozumiem to. Od jakiegoś czasu córka prosi mnie żeby przepisać ją do innej szkoły. Szczerze, nie dopuszczałam do siebie tak konkretnego rozwiązania, czy próby ciachnięcia jej problemów ze szkołą. Jestem oporna na zmiany i zawsze próbuję szukać innych rozwiązań naprawczych dla sytuacji. Wychodzę z założenia (może błędnego) że świat i ludzie nie są idealni i sama zmiana szkoły, pracy, czy miejsca zamieszkania nie da nam żadnej gwaranci, że w nowej sytuacji nie spotkamy wrednego belfra, patologicznego kolegi czy kucharek wymuszających zjadanie całych posiłków. Kiedyś w jakimś psychologicznym teście wyszło mi że mam w sobie cechy NAPRAWIACZA. Chyba coś w tym jest. Nie robię radykalnych cięć: nie rzucam pracy bo mam szefów zjebów (bo mogę mieć gorszych), nie zostawiam partnera bo nałogowo kłamie (to jeszcze nie świadczy o tym że jest złym człowiekiem), nie wylewam rosołu bo wszystkim obrzydł (jedzenia się nie marnuje, przerabiam go na pomidorową), nie wyrzucam czajnika z zepsutym włącznikiem (wystarczy przytrzymać pipek, a grzałka normalnie grzeje), nie usypiam starego psa bo coraz częściej choruje ( do póki merda ogonem na mój widok i ma apetyt, chce żyć i ja mu tego nie odbiorę), nie wyrzucę fajnej bluzki bo jest za duża ( w końcu zaniosę ją do krawcowej żeby zwęzić). To byłaby bardzo długa lista przykładów na to, że wolę naprawiać niż wyrzucać. Ale czy mam rację? Od kilku lat na świecie panuje moda na zmiany. Wszędzie przemyca się treści typu : NIE PASUJE CI, WYPIERDO., na śmietnik, ze swojego życia. Taka nowoczesna filozofia życia. A mnie osobiście to jakoś szalenie irytuje. Marnotrawstwo, niedojrzałość i głupota - tak bym ogólnie to określiła. Teraz takie ogólne pytanie, czy ludzie przez te zmiany są szczęśliwi? Czy może raczej pożyją chwilę w euforii samego faktu zmiany, a zaraz po niej dopada ich znajoma pustka i rozczarowanie że cholera w zasadzie to spadłam z deszczu pod rynnę i nowy szef jest jeszcze większym zjebem, a nowy partner ma jeszcze bardziej wyjebane na związek niż poprzedni. Czy korzyści płynące ze zmiany sytuacji są na tyle duże żeby nie zetknąć się po raz kolejny z dławiącym rozczarowaniem i smutkiem? Czy dla tych krótkich momentów euforii i ekscytacji opłaca się wywracać życie do góry nogami? Kiedy należy w swoim życiu robić konkretne cięcia a kiedy naprawiać? Moje życie zazwyczaj było szalenie rozczarowujące. Żadna zmiana sytuacji nie przyniosła mi trwałego poczucia szczęścia i zadowolenia. Nie jestem zwolenniczką zmian. Jedyne zmiany w których pokładam nadzieję to zmiany siebie i swojego sposobu myślenia i radzenia w trudnym i pełnym różnych problemów świecie. Problem polega na tym, że prościej jest wypierdzielić kogoś ze swojego życia i obarczyć go odpowiedzialnością za swoje nieszczęścia, niż skonfrontować się z samym sobą, dostrzec w sobie braki i nieidealność. Prościej jest obwiniać świat niż samego siebie. Wina i odpowiedzialność to ogromne brzemię ale bez niej nie mamy szansy stać się lepszymi ludżmi. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie, być dobrym i mądrym człowiekiem to sprawa zawsze priorytetowa. I dodam jeszcze że zmiana siebie jest najtrudniejszą dla mnie ze wszystkich zmian. Małe kroczki które w tym kierunku stawiam, okazują się często nierówne z milowymi w których się cofam. Kilka lat temu poszłam na terapię żeby zmienić swoje życie. Poziom nieszczęścia w moim życiu i narastających problemów, stał się nie do udżwignięcia. Potrzebowałam pomocy i wsparcia. Urodziłam dziecko, które będzie chciało się w życiu na kimś oprzeć. Na wraku człowieka może jedynie zatonąć. To wtedy zaczęłam swoją podróż w głąb siebie. Wtedy zaczęłam przyglądać się sobie i w ogóle siebie zauważać. Dziś też jestem przytłoczona życiem i problemami które ono niesie. Dziś też muszę sama podejmować trudne decyzje, zazwyczaj wybierać po prostu mniejsze zło. Moja córka postawiła mnie przed podjęciem kolejnej decyzji, dotyczącej jej życia. Chce zmienić szkołę. Ok. To jej życie. Pójdę do nowej szkoły i spróbuję ją przepisać. Nie mogę budować jej przyszłości na swoich doświadczeniach. Ja mam swoje, ona będzie miała swoje. Doświadczenia budują, jakkolwiek ale zawsze budują. Moja rola to ją wspierać. Iść obok i wspierać. I modlić się o nią, żeby jej doświadczenia budowały ją mądrze i nie były na tyle szkodliwe żeby ją trwale uszkodzić i zniszczyć.
Temat pozostawiam otwarty. Będę tu wracać, żeby dzielić się z Wami swoimi spostrzeżeniami co do zmian w życiu. Mnie za kilka miesięcy też czeka ważna zmiana. Podjęłam już decyzję. Zobaczymy co z tego wyniknie.
Komentarze
Prześlij komentarz