,,Teraz już za późno by cokolwiek powiedzieć".

 Ten sen wrył mi się głęboko w pamięć. Zuzia niedawno przyszła na świat. Był okropny, mrożący jak prorocza przepowiednia dramatycznych zmian w moim życiu. Zazwyczaj nie pamiętam swoich snów. Mam wrażenie że prawie w ogóle ich nie miewam. Jak już jakiś utkwi mi w pamięci, zazwyczaj jest dramatyczny i przerażający. Sny o wiecznej włóczędze po opustoszałych, zagraconych, sypiących hangarach. Pokonywanie, niezliczonej ilości schodów, w dół i w górę. Walające się buty jako najdokładniej odznaczający się element wszystkich gratów. Moja interpretacja to coś w rodzaju przekazu Jana Pawła 2 „Jeszcze będzie pięknie, mimo wszystko. Tylko załóż wygodne buty, bo masz do przejścia całe życie.”  Najgorsze sny były ze spadaniem w przepaść (które jak się okazuje miało wielu ludzi). Tu przy okazji przypomniałam sobie też pozytywny, że latałam. Z kategorii przerażających są też te, w których dzieje się coś niebezpiecznego (np. goni mnie ktoś z nożem) a ja zastygam w bezruchu i nie jestem w stanie nic zrobić, ani wydobyć z siebie głosu ani się poruszyć (totalny brak kontroli nad swoim ciałem i niemoc). No i oczywiście nie sposób zapomnieć o snach w wieku wczesnodziecięcym, kiedy to po przeżyciu cudownej ulgi i oczyszczenia, budzimy się z nieprzyjemnym uczuciem zimna bo okazało się że zrobiliśmy siusiu w łóżko. 

  Wracając do snu najważniejszego, który tak mocno zapadł mi w pamięć. Powraca do mnie zawsze, kiedy niepokojące rzeczy dzieją się w moim życiu, jakby nawołując, że nie zdążę czegoś powiedzieć, przekazać, co mogłam zrobić wcześniej w każdej chwili (mojej córce). Jakie teraz niepokojące wydarzenia dzieją się w moim życiu, a właściwie z jakim borykam się niepokojem KORONAWIRUS. Myślę że wielu ludzi zmaga się z różnymi lękami w związku z tą szalejącą zarazą selekcyjną. Każdy martwi się o coś innego, co go osobiście dotyczy. Wirus rodzi chaos i zamieszanie wszędzie. Osłabia, pozbawia pracy, izoluje, skłóca, czyści portfele i pozbawia oszczędności, ograbia z poczucia bezpieczeństwa, wyczerpuje do cna i zabija. Taka podstępna, wstrętna jadowita żmija. Ludzie skaczą sobie do gardeł bo za to wszystko obwiniają ludzi, władze, lekarzy i system. Owszem to praca ludzi i ich decyzje w efekcie przyczyniają się do większości tych szkód, ale ja wolę to przypisać głównemu winowajcy. Nie dziwię się że wokół tego tematu rodzi się taki niepokój i zamieszanie. To zupełnie nam wszystkim obcy, nie znany, nie do powstrzymania twór. Nic znaczącego o nim nie wiemy, poza tym jakie spustoszenie może wyrządzać. Więc jak tu ze spokojem odnieść się do takiego wielkiego znaku zapytania. Każdy orze jak może. Każdy radzi sobie z tą sytuacją jak umie. Nikt nie może dopuścić aby zdominowało go uczucie strachu i sparaliżowało. Człowiek dopóki działa wie że jeszcze żyje. Ludzie chwytają się różnych punktów zaczepienia a tym samym różnych teorii wirusowych, krążących w internecie zazwyczaj żeby w tym wszystkim nie zwariować. Każdy chyba tego czym się dotychczas kierowali w życiu. Jedni teorii spiskowych, inni totalną olewką że problemu niema. Jedni kierują się buntem przeciw wszystkiemu, inni agresją i walką a jeszcze inni zupełnie się od tego odcinają. Zwariowany, pełen niepokoju i napięcia czas. Ja też staram się nie zwariować i nie dać zawładnąć lękowi. Nie powiem że jest mi z tym łatwo a już na pewno nie było na początku pandemii. Teraz staram się jakoś w tym wszystkim odnaleźć i w miarę normalnie funkcjonować. Znam siebie i wiem że muszę sobie dawkować wszelkie nowinki dotyczące wirusa, przepuszczać przez filtr a czasem wręcz od nich uciekać. Mój wrażliwy i chłonny układ nerwowy nie jest w stanie bezboleśnie przetrawić nadmiaru złych wiadomości. A trzeba o siebie jakoś zadbać. Mam dziecko, chorującego ciężko psa, niepełnosprawną siostrę pod swoją opieką, pracę. Myślę że tyle powodów wystarczy żeby nie dać się zwariować. Ale mimo tego nie zamykam się na to co się dzieje. Nie wykluczam też najgorszych scenariuszy w moim życiu i życiu moich najbliższych. Dopuszczam do siebie nawet myśl o śmierci, mojej czy bliskich. Nie żyję tym, ale liczę się z tym. Przypomniałam sobie właśnie że w tym śnie był też mój umierający pies w kałuży krwi z odbytu. Właśnie z takich objawów próbuję ją teraz wyleczyć. Trochę mną wstrząsnęło. Zapomniałam o tym że ona też była w tym śnie. Prawie wszystkich, którzy w nim byli straciłam. W życiu również tak się już stało. Nie żeby tam zaraz poumierali, ale odeszli z mego życia z walizkami i bez pożegnania tak jak w śnie. Na końcu snu widziałam swoją córkę którą opiekunki przyprowadziły do jakiegoś dużego hangaru, ale jako duch raczej. Widziałam ją, siedząc na jakimś stole, ale ona mnie nie. I pozostałam tam sama z przerażającą refleksją: TERAZ JUŻ ZA PÓŹNO BY COKOLWIEK POWIEDZIEĆ. Tak dużo kryjemy w sobie niewypowiedzianych słów. A ja w szczególności.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Za co dziś jestem wdzięczna.

Moja poezja. Po rozstaniu.