Coronavirus cd.
Wyję, gdy wokół mnie toczy się życie. Wyję z bezsilności. Mam wrażenie że utknęłam w jakiejś klatce bez wyjścia. Co z tego że przedłużyłam sobie o 10 dni pozorny spokój o mniejsze ryzyko złapania i przyniesienia dla córki do domu wirusa. Co z tego że staram się nie przytłaczać myśleniem o tym co będzie dalej. Spycham myśli i emocje w ciemny kąt a sprawa dalej znajduje się w czarnej dupie. Czytam na FB posty w stylu jak radzą sobie samotne mamy w sytuacji zagrożenia wirusowego. Pfffff. naprawdę? Wam się wydaje że taka samotna mama zaraz się tam publicznie wysprzęgli? To chyba jakaś pomyłka. No chyba że to tylko ja sobie nie radzę. Może i tak. Wszędzie widzę że inni radzą sobie świetnie. Oddają się codziennym obowiązkom jak dotychczas. A dla mnie gaśnie światło dnia. Ja nie widzę sensu w kontynuowaniu niektórych rozpoczętych życiowych działań. Po co? Po co kończyć remont rozpoczęty przed panowaniem panoszącego się wirusa. Na huj! Komu to się przyda jak wyciągnę nogi. Kto wie co przyniesie mi jutro. Po cholerę narażać się na ryzyko złapania tego hujostwa wcześniej niż to konieczne. To nierozsądne wpierdalać teraz kasę w materiały remontowe jak nie wiesz czy za kilka dni będziesz mieć jakieś środki na życie, bo sytuacja na rynku pracy jest pod ogromnym znakiem zapytania. Rozpierdalają mi się jedyne trzewiki klejone już kilka razy. Może być tak że wrócę ze spaceru z psem bez podeszwy. Mogłabym kupić nowe, ale tu znów pojawiają się te same wątpliwości.... po cholerę mi teraz nowe jak nie wiadomo jak długo miałyby mi służyć; po co się narażać chodząc po sklepach; kto wie czy ceny tych butów nie powinnam już dziś zacząć przeliczać na bochenki chleba. Życie dla mnie się zatrzymało. Ograniczam się do wkładania zasobów energii tylko w to co jest stanem wyższej konieczności. Wegetacja i przetrwanie. Organizacja niezbędnego jedzenia, podstawowa opieka nad psem i dzieckiem, zachowanie higieny osobistej i ewentualnie danie sobie upustu nagromadzonym emocjom poprzez pisanie (dla zdrowia psychicznego). Nie wiem jak radzą sobie inne samotne mamy w podobnej sytuacji do mojej, ale ja sobie nie radzę. Przynajmniej teraz tak czuję. Z resztą zawsze byłam wobec siebie bardzo wymagająca. A teraz się sypię. Bo tracę kontrolę nad swoim życiem. Najgorzej jest jak się nie wie co ma się robić dalej. Jak każda podjęta decyzja to załamanie systemu bezpieczeństwa wypracowanego samodzielnie w życiu, bo tylko na siebie można było liczyć i tylko o siebie opierać. Ja wiem że piszę dość ogólnikowo i do ludzi pozbawionych wyobrażni i empatii w żaden sposób nie trafię swoim tekstem. Wiem też że dla takich ludzi moje pisanie to jedynie użalanie się nad sobą a może nawet i depresja. Kiedy próbuję przy kimś dać upust swoim przeżyciom i cierpieniu dnia codziennego, spotykam się nieustannie z pocieszaniem i ugłaskiwaniem na siłę moich problemów które z punktu widzenia danej osoby sama sobie tworzę. Nikt nie chce mnie słuchać. Mam wrażenie że każdy chce szybko zmienić temat i komunikuje mi to niewerbalnie. Zawsze sobie wszystkich tłumaczę w głowie że może tylko ja na tym świecie jestem taka posrana i nikt nie jest w stanie udżwignąć moich posranych wyimaginowanych problemów. Tworzę sobie takie teorie żeby nie widzieć w tej małej garstce ludzi którymi się otaczam, cech egoizmu, braku miłości czy zaangażowania. Nie jest to dla mnie dobre bo całe zło tego świata przypisuję sobie i pozwalam też żeby inni mi je przypisywali, ale jest mi łatwiej żyć ślepo wierząc w dobre serce drugiego człowieka. Obojętność i brak zaangażowania i szczerej opiekuńczej miłości to cechy z którymi boję się mierzyć od wczesnego dzieciństwa. To są rzeczy których nie chcę w innych dostrzec bo jeśli już się z tym zetknę rozrywa mi to ciągle, nieudolnie łatane serce. Nie chcę się z tym mierzyć ale prawdę pisząc, przez całe życie się z tym stykam.
Boję się tego co zrobię za kilka dni. Boję się tego jaką podejmę decyzję bo wiem że każda jedna mnie jakoś zniszczy. Nie wiem w którą stronę pójść. Gdybym była sama prawdopodobnie miałabym już wyjebane po tym wszystkim co w życiu przeżyłam czy zdechnę z głodu jak odejdę z pracy czy zabije mnie wirus który mnie tam dorwie. Ale nie jestem sama i nie umiem podjąć żadnej decyzji bo każda odbije się na jej życiu. Ona mnie teraz pyta...mamo a zrobisz mi urodziny kiedy wirus się skończy? Tak córeczko zrobię. Nawet jeśli będzie to w grudniu? Tak córeczko. Pyta też...mamo a ile dasz mi kieszonkowego teraz i ile będziesz mi dawać jak skończysz remont? Nie wiem córeczko co będzie póżniej.
Boję się tego co zrobię za kilka dni. Boję się tego jaką podejmę decyzję bo wiem że każda jedna mnie jakoś zniszczy. Nie wiem w którą stronę pójść. Gdybym była sama prawdopodobnie miałabym już wyjebane po tym wszystkim co w życiu przeżyłam czy zdechnę z głodu jak odejdę z pracy czy zabije mnie wirus który mnie tam dorwie. Ale nie jestem sama i nie umiem podjąć żadnej decyzji bo każda odbije się na jej życiu. Ona mnie teraz pyta...mamo a zrobisz mi urodziny kiedy wirus się skończy? Tak córeczko zrobię. Nawet jeśli będzie to w grudniu? Tak córeczko. Pyta też...mamo a ile dasz mi kieszonkowego teraz i ile będziesz mi dawać jak skończysz remont? Nie wiem córeczko co będzie póżniej.
Komentarze
Prześlij komentarz