Kij w mrowisko - kij im w oko!!!
Ktoś, kiedyś.... jakaś pseudo niania mojej córki, około pięciu lat temu stwierdziła dobitnie że Zuzia "nie poradzi sobie w szkole". Nie ona jedna z resztą. Znalazło się kilku takich pożal się Boże znawców i proroków. Podstawą dla nich do wygłaszania takich stwierdzeń, była delikatna, spokojna i wrażliwa osobowość mojego dziecka. Taka osobowość to dar od Pana Boga, patrząc na to z perspektywy czasu, z większą dojrzałością, mądrością i akceptacją. Na szczęście dla nas, większość dróg łączących nas w jakiś sposób z tymi niszczącymi ludźmi, została już dawno zamknięta. Uff! Co za ulga. Najgorszy jednak w tym złowieszczym, trującym bełkocie był jad, który przedostał się do organizmu Zuzi a nawet mojego. Żałuję że naraziłam swoje dziecko na tak niszczące jej osobowość wpływy a sama poddałam w wątpliwość moc jej charakteru. Wiem że można czerpać w życiu siłę z krytycznych komunikatów ze strony podłych i nietaktownych ludzi, jeżeli potrafimy się na nich gniewać, złościć i obrażać ( na zasadzie: co ty wygadujesz wredna babo, głupia jesteś, ja sobie nie poradzę, to ci jeszcze pokażę! ). Natomiast, jeżeli nie wykształciło się w nas jeszcze poczucie prawa do gniewu czy złości na osobę dorosłą, ( bo mamy zaledwie 5 lat i chłoniemy do siebie wszystko jak gąbka) zostajemy zazwyczaj z zapisem w głowie destrukcyjnych, często jeszcze wyolbrzymionych we własnych myślach przekonań ( jestem do dupy i z niczym sobie w życiu nie poradzę). W efekcie przez większość życia czujemy się ze sobą źle i katujemy nie lubieniem swojej osoby takiej - jaką jest. Mówi się, że nie należy wychowywać dziecka pod kloszem nadmiernej opiekuńczości itp. Mogę się z tym po części zgodzić dodając od siebie, że do pewnego wieku należy je absolutnie i bezwzględnie chronić od szkodliwych wpływów środowiska. Taki klosz jest konieczny jeżeli chcemy mieć zdrowe i szczęśliwe dziecko.
Jak zwykle się rozpisałam bo jak już zaczynam pisać to automatycznie rodzi się w mojej głowie masa przemyśleń i refleksji. A wstępnie miałam zamysł napisać głównie to: Mam do ciebie żal i jestem na ciebie wściekła głupia, wstrętna, stara, zepsuta babo (jedna z drugą) bez empatii, rozumu i wyobraźni. Wydaje ci się że znasz moje dziecko i wiesz co dla niego najlepsze. Gówno wiesz! Dajesz sobie prawo i śmielisz się dawać mi i mojemu dziecku złote ( w swoim mniemaniu) rady. Zachowaj je dla siebie i swoich dzieci, jeśli je masz. Ja życzę sobie i mojemu dziecku jedynie konstruktywnych i motywujących komunikatów. Nie potrzebuję i nie chcę twojego jadu i toksyn w naszym życiu. Omijaj mnie i moje dziecko szerokim łukiem jak nie masz nic dobrego do wniesienia w nasze życie. Nie akceptujesz Zuzi, nie akceptujesz i mnie, bo tak się składa że obie dostałyśmy od Boga podobną wrażliwość na życie. Zniknij.
Podobno pisanie tego typu listów działa na nas uwalniająco jak nie mamy możliwości do wyrażenia swoich skrywanych emocji i uczuć bezpośrednio do danej osoby. Tyle tylko, że najlepiej później taki list spalić. Ja nie wyraziłam w tym zapisie wszystkich emocji zaśmiecających moją duszę bo akurat moim celem jest publikacja treści a nie jej spalenie, więc ograniczyłam się znacznie. Oj znacznie...
Kij im w oko już był, przyszła pora na kij w mrowisko;)
Od kilku lat, aż do tegorocznego zakończenia roku szkolnego na face book-u panowała powszechna moda na udostępnianie świadectw szkolnych z czerwonym paskiem swoich pociech. Aż do tego roku, ponieważ w tym właśnie roku, tuż przed zakończeniem, pojawił się bardzo popularny post pewnego Profesora skłaniający do refleksji nad tym że nie czerwony pasek, i nie piątki na świadectwie są ważne a zupełnie inne wartości, dzięki którym wyrasta się na porządnych i często wyuczonych jak Pan Profesor ludzi. Na przykładzie własnych ocen ze świadectwa, na którym nie było ani jednej piątki, podjął walkę ze współczesnym systemem wartości nauczania w szkole i ślepą, rywalizacją o wysokie wyniki w nauce osób uczących się w niej. Bardzo dobry przykład, popieram. Niestety w dzisiejszych czasach, system wartości u ludzi jakby trochę się upośledził. To akurat moje spostrzeżenia wynikające z obserwacji życia ludzi wokół i oczywiście autorefleksji nad własnym. Sama wielokrotnie się gubię w tym nowym świecie oblężonym presją i pogonią za ułudą szczęścia w postaci posiadania. Posiadania, nie rzeczy tylko oczywiście tak łatwo dla nas teraz dostępnych i w tak ogromnym wyborze lecz wszystkiego. Cudnych mieszkań z katalogów, dopracowanych do perfekcji żeby nie wstyd było zaprosić gości; mega odjechanych akrylowych paznokci (o ile jeszcze takie są nadal na topie bo nie wiem, nie używam); zagranicznych wycieczek często ponad stan naszych możliwości finansowych; ekstra fury która bije innym po zmysłach (głownie wzroku i słuchu) BMW jakieś, może Porsche; zajefajnych urodzin dla naszych pociech na salach zabaw z mnóstwem gości (lubianych czy nie, drobny szczegół, ważny efekt i góra prezentów). No i osiągnięcia oczywiście. Jak najwięcej, jak najwyżej. W życiu nie modne już jest i nie praktyczne w dzisiejszych czasach bycie byle kim na byle jakim stanowisku. Sprzątaczka, pracownik budowlany pfff... a kto to jest. Trzeba mierzyć wysoko, mieć wysokie ambicje żeby w oczach innych stać się kimś, rzekomo wartościowym. No i wygląd, tego absolutnie nie wolno mi pominąć. Odwieczna presja modelingu i laleczek Barbie. Wielu ludzi, aż strach myśleć jak wielu, ma wprost bzika na punkcie swojego wyglądu i ani krztyny akceptacji. Szpitalne oddziały psychiatrii dziecięcej są przepełnione a na salach organizowane są dostawki dla dzieci cierpiących i umierających między innymi z tego powodu. Oddziały się zamykają. Dramat. Nauczyliśmy się w życiu przeglądać w oczach innych i toniemy w nieustannych porównaniach. Niema nas samych- indywidualnych jednostek. Uginamy się coraz bardziej pod ciężarem nieustającej presji, którą w dużej mierze sami sobie i innym narzucamy i giniemy w marnym, zepsutym świecie. Zastaw się a postaw się. Wilczy pęd. Taka zubożała mentalność. Face book to nasza wyrocznia. Osobiście rozważam od dłuższego już czasu usunięcie profilu. Powstrzymują mnie przed tym jedynie polubione przeze mnie wartościowe strony, z których czerpię dobrą inspirację do życia. Ale muszę przyznać że i w tych żródłach można się dopatrzeć propagandy na kreowane w internecie i innych mediach tzw. pozytywne myślenie. Wszystko wokół jest tak naładowane takimi treściami że wprost idzie się pochlastać i w depresję popaść. Kolejna pułapka i kolejna presja. Utopia. Bądż pozytywny, bądż very happy. Wszystko przecież zależy od ciebie. Szczęście to Twój wybór. Zawsze i w każdej sekundzie swojego życia możesz być szczęśliwy. Człowiek czytający takie treści i obserwujący na face booku wspaniałe życia swoich uśmiechniętych od ucha do ucha pięknych i młodych (programy do obróbki zdjęć czynią istne cuda) znajomych, zaczyna się nad sobą zastanawiać. Co jest cholera ze mną nie tak że nie zawsze jestem szczęśliwy; że przydarza mi się smutek; zamiast młodnieć -starzeję się, zamiast chudnąć- tyję a do tego wszystkiego nie wyjeżdżam na wczasy do Grecji bo nie mam ani urlopu ani kasy. Coś jest ze mną nie tak. Nikt mnie takiego nie zaakceptuje. Społeczeństwo mnie takiego nie potrzebuje. Odbiegam od normy i standardów. I co robi taki człowiek? Albo za wszelką cenę próbuje się dopasować do standardów które widzi ( kosztem własnego poczucia wartości i nie raz dużego obciążenia kredytowego) albo czuje się z tym tak żle, że wycofuje się z życia społecznego i dość często popada w depresje (często tak głęboką, że odbiera sobie życie). No, tak więc jak najbardziej martwi mnie los całego świata i podzielam refleksję Pana Profesora, ale mimo to zamieszczam świadectwo mojej córki z tego roku szkolnego bo jestem z niej ogromnie dumna a dramatyczne losy całego świata nie sprawiają że jestem mniej dumna. Doceniam jej pracę, wysiłek i starania. Chlubię się jej mądrością i determinacją. Nawet, gdyby to jedynie ten rok szkolny został dla niej nagrodzony czerwonym paskiem, to nie zmienia to faktu że jej się udało. Walczyła o to wyróżnienie i dała radę. Doświadczyła na sobie że jest to możliwe. Nauczyła się, że w dążeniu do celu, ciężka praca przynosi efekty. Przekonała się że nawet w sytuacji prawie beznadziejnej i bez świetlanych perspektyw, można jeszcze się podnieść, zawalczyć i nawet odnieść sukces (ale żeby to zrobić, musiała najpierw pozbyć się z głowy, głosów osób spisujących ją na straty). Niby to tylko czerwony pasek na świadectwie, ale dla mnie to nasz mało- duży sukces i jestem z nas dumna!

Komentarze
Prześlij komentarz