Jak ''młody Bóg".
Nie słuchamy rad: znajomych, przyjaciół, dorosłych, nauczycieli, rodziców. Nie lubimy pouczeń i umoralnień. Chcemy przeżyć życie po swojemu, na własnych zasadach i błędach. Mamy mylne przekonanie że inni ludzie przecież nic nie wiedzą.
- Niby czemu miałoby mi się nie udać, ułożyć zdrowego związku z moim chłopakiem? Przecież pije tylko jedno piwko po pracy, a to akurat jest normalne. No i przecież się tak bardzo kochamy. On na pewno mnie kocha. Otwiera mi drzwi przed wejściem do klatki i puszcza przodem. Jest taki miły, zabawny i kulturalny. Przynosi mi kwiaty i nosi moją torebkę. Znajomi go bardzo lubią, jest duszą towarzystwa. Nikt złego słowa nie powie. Mamo co Ty tam wiesz? Weź daj mi już spokój. To że Tobie się nie udało z tatą, nie znaczy że nam się nie uda. Widocznie nie dość go kochałaś skoro nie jesteście razem.
-Ale po co mam się uczyć? Mam już dosyć tej szkoły! Do czego ta wiedza mi się w życiu przyda. Ludzie po studiach sprzątają klatki. A matki siedzą w domach i wychowują dzieci. Do czego mi potrzebna budowa pantofelka w pracy za biurkiem (szczerze mówiąc to tego akurat sama nie wiem, ale wiem na pewno że niema pracy za biurkiem bez nauki i odpowiednich znajomości).
-Ale ja muszę wziąć pożyczkę bo chcę zrobić remont w mieszkaniu. Wstyd kogokolwiek do siebie zaprosić, wszyscy mają tak ładnie zrobione w mieszkaniach. Pracujemy oboje, damy radę to spłacić. Mam dobrą zdolność kredytową, dobiorę jeszcze jedną pożyczkę bo zabrakło mi na remont. Nic się nie stanie. Tamtą pożyczkę normalnie spłacamy to i tą będziemy. Oj weź już mamo przestań, to że ty mieszkasz w zapyziałej norze, nic w niej nie robisz i nikogo do niej nie zapraszasz nie znaczy że ja chcę żyć jak ty.
-Nie będę nosił czapki, włosy mi się uklepują, jak ja wyglądam. Nie lubię jeść śniadań, nie mam na nie ochoty i czasu. Ale ja lubię colę i chipsy. Oj tam dobra, kiedyś i tak wszyscy umrzemy.
-Nie zabronisz mi palić! Sama palisz a mi zabraniasz. Na coś przeciez trzeba umrzeć.
-Renia jest fajna. Mamy z nią niezłą bekę na lekcjach. Z nią po prostu nie da się nudzić. Zna się na ciuchach i makijażu. Chłopacy za nią latają. Co Ty do niej masz? To ze ty nie masz przyjaciół, nie znaczy że ja mam nie mieć! Nie będziesz mi wybierać znajomych! To moje życie!
Można by tak wyszukać całą masę przykładów z życia dotyczących walki z innymi ludźmi o naszą niezależność i indywidualność. Prawdą jest że starszy człowiek, wcale nie musi być mądrzejszy od młodszego. Nie każda ludzka rada jest cenna. Czasem wręcz, należałoby unikać słuchania rad niektórych ludzi, bo można by zrobić sobie wielkie kuku na całe życie. Szkoda tylko że nie zawsze wiadomo kogo słuchać a czyich rad lepiej unikać. Myślę że należałoby wziąć pod uwagę obecne życie danego doradcy. Jaki poziom on sam sobą reprezentuje i jakie sukcesy odniósł w dziedzinie, na której temat się wypowiada. Można by też uczyć się życia na doświadczeniach i błędach innych, ale często nie jest to takie proste, jak samemu czegoś nie można dotknąć i spróbować. Niema niestety uniwersalnej instrukcji obsługi życia. Tak czy owak, życie musimy przeżyć po swojemu. Nikt nie jest w stanie uchronić nas przed wszystkimi przykrymi doświadczeniami. Słuchając ślepo wszystkich porad na życie, można by się tym samym pozbawić doświadczeń przyjemnych. Teraz sobie myślę że wiele bym dała żeby ktoś mi kiedyś pomógł uniknąć wielu przykrych zdarzeń których konsekwencje ponoszę do dziś. Pytanie tylko, czy gdyby wtedy ( kiedy byłam w pełni ''młodym Bogiem") ktoś mi dał gotową receptę na szczęśliwe i dobre życie, to czy chciałabym ją przyjąć. Szczerze wątpię. Nawet w tej chwili, mając już 36 lat, źle reaguję na wszelkie formy doradztwa. Chyba nawet jeszcze gorzej niż kiedyś bo sumiennie pielęgnuję w sobie cechy indywidualnej, odrębnej jednostki poszukującej własnej tożsamości. Może tak późno przechodzę młodzieńczy bunt ;). Śmiechem, żartem, to nie dane mi było kiedyś poznawanie siebie, wyrażanie siebie a tym bardziej zaistnienie jako JA. Mam wrażenie że przez całe życie wrastałam w jakieś społeczne role ( dobrej, grzecznej, przykładnej córki, koleżanki, przyjaciółki, ucznia, sąsiadki, żony, matki) i z pełną gotowością do poświęceń, zaangażowaniem i perfekcjonizmem zatracałam w nich siebie. Tak jakby moje życie nie należało do mnie. Jakbym miała obowiązek życia na ziemi tylko dla innych bo świat nie należy do mnie. Żyję tu na ziemi warunkowo i jak mam mieć jakiekolwiek poczucie sensu życia, muszę ten warunek odpracować. Moim sensem bytu jest poświęcenie siebie dla dobra ogółu. Jakaś totalna porażka. Jakby jakaś autodestrukcyjna siła nieustannie odpychała mnie od siebie. Ciekawe z której strony płynie destrukcja. Czy z reguły którą dostrzegłam w swoim życiu, czy odwrotnie- to raczej moje spostrzeżenie jest podszeptem złego ducha bo skłania mnie do izolacji, odosobnienia, egoizmu, wypaczenia społecznego. Mój analityczny umysł wcale mi nie pomaga znaleźć rozwiązania na pytania które sobie zadaję. Gubię się w swoich przemyśleniach i w końcu stwierdzam że myślenie mi nie służy. Przyglądam się jakiejś refleksji z każdej strony i próbuje zbadać, ocenić, podsumować i zamknąć sprawę ale jakoś mi nigdy nie wychodzi. I jak tu żyć jak nie wiadomo co jest dobre, co nie, co nam służy, co szkodzi. Moja inteligencja chyba mnie przerasta;). Albo nie potrafię odpowiednio z niej korzystać. Zamiast mi pomagać- szkodzi. Ciągle zaczynam spisywać jakieś refleksje i ich nie potrafię zakończyć i udostępnić tekstu. Rozkładam swoją myśl na czynniki pierwsze i w końcu dochodzę do wniosku że jest inaczej niż myślałam, albo gubię się i w końcu nie wiem już jak jest. Albo zwyczajnie odbiegam od tematu bo z jednej refleksji rodzi się w moim umyśle setka następnych równie ważnych i nie wiem w końcu o czym mam pisać. Czasem udaje mi się zakończyć jakiś tekst i opublikować, ale zanim to zrobię, dzielę go najpierw na dwie części i robię z nich dwa teksty, no bo przecież w efekcie mego pisania tekst się wzbogacił o dodatkowy temat. Tak też się stało w przypadku tego tekstu. Zaczęłam pisać o tym, jak w życiu funkcjonuje młody człowiek, któremu się wydaje że świat należy tylko do niego ( każda decyzja jaką podejmie będzie dobra i nie odbije się czkawką w późniejszym życiu) a skończyłam na refleksji o tym że właściwie to nic nie wiem. Za każdym razem pozostawiam pisanie z taką właśnie myślą wyrażoną przez Sokratesa : "Wiem, że nic nie wiem".
Komentarze
Prześlij komentarz