Szarość dnia codziennego.


Godz.7.15
Szaro, buro i ponuro:(. Namiastka tegorocznej zimy spływa do studzienek kanalizacyjnych. Cała dziecięca, biała rozkosz rozpłynęła się. Pies brodzi po roztopach i mnie wnerwia. Mam wrażenie że jeszcze nigdy tak długo nie szukała miejsca, gdzie mogłaby łaskawie swoją dupę wysadzić.  Boli mnie głowa od momentu wstania z łóżka. Okropnie. Nie mogłam jakoś zasnąć tej nocy. Budziłam się. Mój wewnętrzny system samozachowawczy nawalił. Kłębiące się w głowie natarczywe, dołujące myśli przejęły kontrolę.  Nadszedł już czas by pozamykać drzwi prowadzące donikąd. To myśl przewodnia moich wieczornych refleksji. Mojej wewnętrznej rozpaczy, rozczarowań i zawodu. Coś się we mnie łamie, pęka. Ze stanów wkurwienia przechodzę naprzemiennie w stan smutku i rezygnacji. Coś już długo jest nie halo. Coś się nazbyt już przeciąga. A moje pokłady cierpliwości dawno się już wyczerpały. Dla wszystkich i dla wszystkiego. Nie mam siły:(. Ciągle brakuje mi siły. I tej iskry zapłonowej do życia. Pora zamknąć drzwi, które donikąd prowadzą. Bo całkiem zniknę.

Godz.15.00
Boli, boli cały dzień. Masakra jakaś. Mam wrażenie że zaraz mózg mi wystrzeli. Kolejny dzień pogrzebów. Wiązanka jedna, druga... szósta :( . Niema szans żeby takie dni, tak po prostu przemijały. Bez echa w mojej głowie. To nieustanne uświadamianie sobie że w każdej chwili mogę zejść z tego świata. Że jestem tu, ale za chwilę może mnie nie być. Może bliscy zobaczą się ze mną na Wielkanoc a dwa dni pózniej będą płakać nade mną w trumnie. A może mam tętniaka. Potworny ból głowy dzień wcześniej z niewiadomych przyczyn a po nocy znajdą mnie sztywną zastanawiając się co się stało, '' przecież nic się nie działo, na nic się nie skarżyła i nie leczyła". A może zabraknie mi sił i wsparcia w beznadziei życia i sama postanowię odejść. Może dobije mnie rak w wieku 34 lat i osierocę trójkę małych dzieci. Nie to akurat mi nie grozi bo wiek mam już przekroczony o prawie dwa lata, a dziecko mam jedno (i raczej nic nie wskazuje na to żebym miała mieć więcej). Uff, odpada. Może sprowadzą moje ciało z za granicy, w urnie oczywiście bo po masakrze samochodowej z ciała nie bardzo będzie co zbierać. Mało tego, nie będę sama bo w samochodzie przecież jechał mąż, córka i pies. Nikogo nie odratowali :( . Mąż z żoną śmierć na miejscu a córkę próbowali ratować kilka godzin w szpitalu. Nawet szybka akcja helikopterem nie pomogła. O psie już nie wspomnę. Któryś tam dzień czerwca- "Marku pilnie potrzebna duża ilość białej róży!". Klientka stoi zapłakana i próbuje w swej rozpaczy pozbierać myśli żeby podyktować mi tekst na szarfę pogrzebową dla swojego siedemnastoletniego syna. Postanowił odejść bo nie radził sobie z prześladowaniem w szkole. Sierpień tego samego roku-" Pozostaniesz na zawsze w naszych sercach. Kochający rodzice i siostra". Tylko i aż tyle była w stanie wykrzesać z siebie matka trzynastoletniego, nieszczęśliwie zakochanego syna. To mogłam być i ja. To może być moja córka! Dość!!! Sorry!!! Ale jakoś mnie to wszystko ku,wa pozytywnie nie nastraja do życia. Prawie każdego dnia ocieram się o śmierć. Dramat za dramatem. I nie pytaj mnie więcej- '' A co ty już o śmierci myślisz". Tak ku.wa myślę! Prawie każdego dnia. Dziś jesteś- jutro Cię niema. Sorry ku.wa bardzo ale tak to właśnie w tym życiu wygląda. Może najwyższy czas żebyś i Ty pomyślał. 

Vixen

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Za co dziś jestem wdzięczna.

Moja poezja. Po rozstaniu.